W działalności Instytutu Analiz Środowiskowych często mamy do czynienia z zagadnieniami związanymi z pozwoleniem na broń. Skala problemów z jakimi się do nas zwracacie jest bardzo szeroka. Tym razem otrzymaliśmy od jednego z naszych sympatyków relację na temat doświadczeń związanych z przeprowadzaniem badań koniecznych do uzyskania orzeczeń psychologicznego i lekarskiego. Ze względu na ciekawe spostrzeżenia, korespondencję postanowiliśmy opublikować w całości.

———————-

Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że pozwolenia na broń są wydawane na określoną liczbę egzemplarzy (nie wiedzieć czemu nazywanych potocznie jednostkami) urządzeń służących do rażenia celów na odległość. Wszyscy zdajemy sobie też sprawę, że zazwyczaj ubiegamy się o za małą liczbę egzemplarzy broni występując o pozwolenie na broń, bo policja zwyczajowo na większą ilość grymasi i przeciąga postępowanie. Zwyczajowo, bo uzasadnienie, że społeczeństwo ma interes w tym aby myśliwy miał 6 sztuk zamiast 10 jest dalece niewystarczające. W zasadzie ogranicza się do uzasadnienia, że społeczeństwo ma taki interes społeczny. I tyle, taki dogmat! W konsekwencji egzemplarze w pozwoleniu się kończą, potrzeby rosną i pozwolenie trzeba rozszerzyć. Jeśli pozwolenie było wydane odpowiednio dawno, to decyzji administracyjnej nie da się zmienić bez ponownego zrobienia badań lekarskich i uzyskania orzeczenia psychologicznego. Tę właśnie „atrakcję” postanowiłem opisać.

Miejsce akcji to całkiem duże miasto na prawie powiatu, kiedyś wojewódzkie. W policyjnym wykazie uprawnionych do przeprowadzania badań lekarzy i psychologów jest całkiem sporo. Zasięgnąłem języka u znajomych myśliwych i sportowców, którzy robili badania później niż ja. W wyniku tego wywiadu dowiedziałem się przede wszystkim u kogo, ze względu na przecenianie znaczenia własnej misji lekarskiej, badań nie robić. Dowiedziałem się też gdzie badania zacząć aby w przychodni pokierowali mnie dalej do kolejnych wymaganych specjalistów.

Pierwszy etap to psycholog, termin za tydzień. Oprócz badania opartego na testach, w ramach rozmowy dowiedziałem się, że na polowaniach zawsze się pije („bo mało tego pokazywali w TV?”), że myśliwi grożą bronią współmałżonkom, że chęć posiadania tak wielu egzemplarzy broni jest co najmniej podejrzana, a już na pewno nikomu nie potrzebna, że wykroczenia drogowe są świetnym wskaźnikiem umiejętności funkcjonowania w społeczeństwie i że w zasadzie to kierowców powinno się też poddać stałej kontroli psychologa oraz, że policja jest po to, aby oceniać trafność wyborów życiowych obywateli. Wszystko to podszyte atmosferą doniosłości i strachu, bo posiadanie broni („o tak dużej mocy”) to dowód najwyższej formy zaufania, tylko dla wybranych. Jako, że przyszedłem tam po zaświadczenie, a nie toczyć polemiki, zamiast się odzywać głównie gryzłem się w język. Zaświadczenie otrzymałem, do niego komplet namiarów na kolejnych lekarzy specjalistów – orzecznika, psychiatrę i okulistę. Samoogryziony język i poniżanie myśliwych były gratis, za resztę gotówka.

Polecony lekarz orzecznik niestety zaprzestał wykonywania badań do pozwolenia na broń. Zajmuje się leczeniem pacjentów covidowych i ma pełne ręce roboty. Odbiera jednak telefon co, jak się okaże później, nie jest standardem w tej branży. Nie mam wyjścia, dzwonię po kolei po lekarzach z policyjnej listy uprawnionych. Oprócz jednego, odradzanego przez kolegów. Przez trzy dni wykonuję około stu prób nawiązania połączenia telefonicznego i kilka rozmów. Skrótowo wygląda to tak: nie odbiera, włącza się sekretarka, odbiera, ale będzie na nartach jeszcze przez dwa tygodnie, odbiera, ale każe się umówić przez recepcję gabinetu/przychodni – recepcja nie odbiera, proponuje termin za dwa tygodnie i każe przynieść orzeczenie psychiatry i okulisty ze sobą, każe zadzwonić za godzinę – wtedy nie odbiera (ani za 1,5 , 2 i 3 godziny), odbiera i mówi, że już nie robi takich badań. Po trzech dniach dzwonienia nie otrzymuję żadnej opcji wykonania kompletu badań lekarskich. Mam propozycję wizyt u lekarzy orzeczników (w terminie do dwóch tygodni) pod warunkiem, że przyniosę ze sobą opinie okulisty i psychiatry. Idę tym tropem i próbuję wydzwonić tych specjalistów korzystając z listy podanej po wizycie u psychologa. I wiecie co? Żaden nie odbiera! Nie będę wspominał o tym, że umiem funkcjonować w aktualnych realiach społecznych (mam na to papier od psychologa!) i posiadam internet – wszystkich lekarzy „ścigam” więc po asocjacjach googla na linii nazwisko lekarza i gabinety. Bez powodzenia! W zaistniałej sytuacji, mając na względzie, że orzeczenie od psychologa jest ważne miesiąc i w tym tempie to ja nie zdobędę potrzebnych orzeczeń lekarskich, decyduję się na krok ostateczny. Dzwonię do lekarza orzecznika, którego mi wszyscy odradzali. Odbiera od razu, poleca zrobić okulistę i psychiatrę przed wizytą (ale jak się nie da „to coś poradzimy”), a termin umówić przez recepcję przychodni. W tym samym dniu do przychodni się nie dodzwaniam, na drugi dzień się udaje – wizyta za tydzień. W międzyczasie po kolejnych telefonach uzgadniam termin wizyty u okulisty (smsem, zaszczytu rozmowy nie doznałem)… na dzień po wizycie u lekarza orzecznika. Z psychiatrą umówić się nie zdołałem.

Lekarz orzecznik z listy publikowanej przez Wydział Postępowań Administracyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji przyjmuje w przychodni świadczącej m.in. porady internistów i lekarzy rodzinnych. Jestem tam na czas i przez godzinę czekam w zatłoczonej poczekalni osób kaszlących mi za kołnierz. Dystans, dezynfekcja, maseczka tak wyglądają w praktyce; nie mam paranoi – grzecznie czekam, nie uciekam, wysłuchuję żali na temat dolegliwości dróg oddechowych. Podczas wizyty zostaję zważony, zbadany słuchawką, wypytany o choroby i operacje, zbadany pod kątem równowagi i odruchów. Jak już wspomniałem, nie mam wciąż wyników od psychiatry i okulisty, niemniej jednak jednak pytam, czy wedle dotychczasowych badań wszystko będzie OK. Dowiaduję się, że jeszcze nie wiadomo, że obsługa broni palnej wymaga idealnej kondycji, koordynacji ruchowej i ogólnie idealnego zdrowia. Lekarz nie jest w stanie zrozumieć dlaczego w ogóle robię badania skoro pozwolenie już posiadam… W zamian dostaję namiar na psychiatrę (bo okulistę już mam umówionego) i mam wrócić po ostateczny „wyrok” z kompletem badań. Nie ma orzeczenia, ale gotówka lub karta są mile widziane, paragon do ręki.

Okulista następnego dnia poszedł sprawnie i pozytywnie, gotówka do ręki. Wskazanego psychiatrę umówiłem na dwa dni później i spotkałem się ze zrozumieniem, czyli ze stwierdzeniem, że te badania nie mają żadnego sensu („skąd ja mam wiedzieć, czy Pan za tydzień nie zwariuje?”). Miło, szybko, płatne gotówką. Lekarzowi orzecznikowi zaświadczenia zostawiłem w recepcji przychodni i po dwóch dniach odebrałem właściwe orzeczenie, potwierdzające to co dla mnie oczywiste, mogę dysponować bronią palną.

Podsumowując:

– Uzyskanie obu zaświadczeń zajęło mi trzy tygodnie,

– od wydania orzeczenia psychologicznego do uzyskania orzeczenia lekarskiego mijają około 2 tygodnie,

– policyjna lista uprawnionych do wykonywania badań to fikcja,

– skompletowanie badań wymagało wizyt w 4 przychodniach,

– lekarz i psycholog nie znają przepisów ustawy o broni i amunicji i kodeksu postępowania administracyjnego w zakresie wydawania pozwoleń na broń,

– lekarz i psycholog są wrogo nastawieni wobec myśliwych,

– lekarz i psycholog nie mają pojęcia o technicznych aspektach używania broni,

– koszt badań to ponad dwukrotność rocznej składki w PZŁ.

Najbardziej cieszy mnie, że badania wykonałem teraz i jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie będę ich musiał robić, jak większość myśliwych, za rok. W tym trybie nie ma szans aby system był wydolny i zdołano przebadać w krótkim czasie około 100 tysięcy myśliwych. Podejrzewam powstanie nowej branży – turystyki badaniowej. Myśliwi będą brać urlopy i jeździć po kraju w celu wykonania badań. Za skandaliczną uważam też ignorancję lekarzy i psychologów względem broni. Oni się broni najzwyczajniej boją, bo jej nie znają. Jak to możliwe, że o zdolności do używania broni decydują osoby, które nie wiedzą jak broń działa? Przekonanie, że obsługa broni polega na przestawianiu niezliczonej ilości przełączników w tajemniczej kolejności, a pomyłka od razu skutkuje śmiertelnym wypadkiem, to jakaś komedia. O zagadnieniach celowania przez urządzenia optyczne nie wspominając. Niechęć do łowiectwa („ja to nie wiem jak można strzelić do ślicznej sarenki”) połączona z medialnym wizerunkiem realiów wykonywania polowania („strzelanie do wszystkiego, co się rusza”) także nie wróżą nic dobrego. Jeśli będę robił kolejne badania chciałbym je zrobić u myśliwych lub chociaż użytkowników broni. Po prostu wolę, gdy ktoś decydujący w sprawach mojej największej życiowej pasji, wie o czym mówi.

Powiązane posty