Demokracja w PZŁ

Z ust dawnych działaczy regularnie słyszymy wzniosłe hasła o przywróceniu samorządności w PZŁ. W związku z tym, że stronę Instytutu Analiz Środowiskowych odwiedza wielu sympatyków i młodych myśliwych przypomnę, że samorządność została odebrana w 2018 roku pod pretekstem walki z ASF i piastowania 60 % stanowisk w PZŁ przez funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji.

Bronimy myśliwych, wspieramy łowiectwo, walczymy z mową nienawiści w Internecie.
Chcesz pomóc? Wpłać i pomóż nam działać dalej!

5 zł lub więcej na:

Patronite.pl | Zrzutka.pl | Przelew lub dowiedz się więcej >>

Nie dyskutując z tym, że przywrócenie samorządności jest postulatem słusznym chciałbym zwrócić uwagę na fakt dziwnej bliskości odsuniętych działaczy ze środowiskami ekologicznymi i venatofobicznymi. Czy to jest zwykły przypadek wg zasady „tonący brzytwy się chwyta” czy jest tu drugie dno? Aby przybliżyć odpowiedź na to pytanie należy cofnąć się do połowy lat ‘90 XX wieku i prześledzić kolejno poszczególne przypadki ataków na środowisko łowieckie i dziwnej bierności PZŁ.

Zaczęło się od objęcia ochroną gatunkową wilka przy braku reakcji PZŁ. Potem wprowadzono moratorium na łosia na wniosek… samego PZŁ. Następnie mieliśmy względną ciszę z całkowitym zakazem krytyki środowisk ekologicznych i pospolitych antyłowieckich wandali – w każdym przypadku to myśliwy był zły.

Na PZŁ w ogóle w takich sprawach nie można było liczyć. Mam tu na myśli nie tylko działaczy na szczeblu centralnym i okręgowym, ale też członków zarządów kół. Jeśli mieszkańcy domków letniskowych obraźliwie nazwali myśliwego polującego na kaczki to dla członków zarządu ten myśliwy był zły, że w tym miejscu polował. Żeby nie drażnić właścicieli tychże domków, miał tam nie polować. Potem przyszedł rok 2010 i rezygnacja z łowiectwa przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego – PZŁ, jak zwykle, nie zareagował.

Następnie mieliśmy do czynienia ze zmasowanym atakiem medialnym, głównie ze strony telewizji TVN i Gazety Wyborczej – PZŁ nie reagował, albo pisał sam sprostowania do medialnych doniesień. Organizacje ekologiczne postulowały o zmniejszenie liczby gatunków łownych i skrócenie okresów polowań – PZŁ nie reagował, albo tłumaczył nam, coraz bardziej poirytowanym myśliwym, że aktywiści ekologiczni nie mają wiedzy łowieckiej i stąd ich postawa.

Następnie na łamach tygodnika Polityka zostaliśmy zaatakowani przez dziennikarkę Agnieszkę Sowę będącą żoną prominentnego polityka PO, Andrzeja Halickiego. Manipulacje w materiale prasowym jej autorstwa wskazał ówczesny rzecznik prasowy PZŁ, kol. Marek Matysek, ale poza tym żadnej reakcji ze strony PZŁ nie było, a dziennikarka otrzymała za artykuł prestiżową nagrodę Grand Press. Potem był wyrok Trybunału Konstytucyjnego nakazujący zmianę Prawa Łowieckiego.

I przyszedł rok 2018. Przy okazji zmian mających wykonać wyrok trybunału politycy PiS wykorzystali okazję do wprowadzenia własnych wizji łowiectwa, w większości dla nas niekorzystnych. Nie jest bowiem tajemnicą, że prezes PiS, Jarosław Kaczyński jest venatofobem.

Nastąpiła zmiana na stanowiskach w PZŁ, które zostały obsadzone przez partię zarządzającą resortem środowiska. Też mi się to nie podoba, ponieważ opłacamy pensje działaczom, na których wybór nie mamy wpływu. Jest to w stosunku do nas zwyczajnie, po ludzku, nieuczciwe. Ale czy w zakresie obrony przed venatofobami mamy na co narzekać?

Uważam, że obecnie jest znacznie lepiej niż 10 lat temu. Przede wszystkim zostało spenalizowane umyślne przeszkadzanie w polowaniach i skończyły się tzw. „blokady polowań”. Media publikujące materiały o charakterze venatofobicznym muszą się liczyć ze stanowczą reakcją ze strony PZŁ, co jak widać, działa. Tych materiałów jest o wiele mniej i są w łagodniejszym tonie. Organizacje ekologiczne też spuściły z tonu, bo wiedzą, że i tak nic nie ugrają.

Co na to dawni działacze? Wznosząc hasła o demokracji pokazują się w towarzystwie najbardziej zażartych venatofobów. Dziennikarka, która 10 lat temu napisała artykuł, w którym tak manipulowała informacjami, żeby przedstawić nas w złym świetle, jest przez dawnych działaczy przedstawiana jako obrończyni demokracji w PZŁ. Posłanka Katarzyna Piekarska, która zieje do nas nienawiścią jest zwolenniczką powrotu demokracji w PZŁ. Politycy wznoszący w ubiegłych latach venatofobiczne hasła, jak choćby Robert Biedroń z „Wiosny” i Adrian Zandberg z partii „Razem” fotografują się z polującym byłym posłem i byłym działaczem łowieckim na wiecu w ramach wspólnej kampanii wyborczej.

O co zatem w tym wszystkim chodzi? Nie wiem. Wiem natomiast, że biorąc wszystko wspomniane wyżej pod uwagę, niech nas Święty Hubert broni przed demokracją w PZŁ. Z resztą poradzimy sobie sami.